Stado koni galopujących rzeką z lotu ptaka

Mazur czar

Edyta Aktualności, Sesje Skomentuj

Istnieją zakątki tak piękne i inspirujące, że powracam do nich rok po roku, nie odczuwając znużenia, ani znudzenia. Jednym z takich miejsc są Mazury. Wystarczy nieco zboczyć z utartych turystycznych szlaków, by znaleźć spokój, ciszę, malownicze krajobrazy i oczywiście konie. Dlatego już w kilka dni po powrocie z gorącej Hiszpanii, pakowałam walizki, by udać się nad polskie jeziora, do Saska Małego.

Stado siwych klaczy galopujące przez jezioro o zachodzie słońca

Mazury poza wieloma zaletami mają również typowe dla polskiego klimatu wady – nigdy nie wiadomo na jaką pogodę się trafi. Gdy dotarłyśmy na miejsce (piszę “my” ponieważ tym razem towarzyszyła mi córka), upał dosłownie zbijał z nóg. Dlatego pierwsze dwie sesje po prostu musiały odbyć się w wodzie. Dzięki temu, że dysponowałam całą drużyną asystentek, udało mi się zrobić ujęcia, o jakich zawsze marzyłam – galopujące przez jezioro stado koni, no powiedzmy stadko. Może nie tak wielkie jakie można zobaczyć na zdjęciach z Camargue, ale 5 koni to już dobry początek 🙂 Pomagające mi dziewczyny nie cierpiały wprawdzie z powodu temperatury, która wręcz zachęcała do kąpieli, mimo to była to praca wymagająca pewnego poświęcenia. Dlaczego? Zobaczcie sami, jak wyglądały po sesji… Dziękuje dziewczyny! 🙂

Asystentki po sesji fotograficznej koni w jeziorze
Asystentki sesji fotograficznej koni w jeziorze

Po dwóch dniach tropikalnych upałów, wróciło normalne polskie lato: chmury, słońce, deszcz, wiatr. Sesję, którą wymyśliłam sobie w lesie, udało nam się zrealizować wyłącznie siłą woli. Początkowo nawet przebłyskiwało słońce, ale sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie i w końcu deszcze zmusił nas do odwrotu. Jednak już po 10 minutach, chmury zniknęły, więc wróciliśmy, aby dokończyć zdjęcia. Wysiłek i upór opłaciły się – zdjęcie galopującego w lesie srokacza, o dumnym imieniu Generał jest jednym z moich ulubionych z tego wyjazdu. A gdy wyjeżdżałyśmy niecałą godzinę później, niebo znowu płakało rzewnymi łzami.

Srokaty koń galopujący przez las

Na szczęście, w sierpniu nad jeziora znowu zawitały upały, a my wraz z nimi. Kolejnym niezwykłym miejscem, do którego z radością powróciłam był stojący na granicy Warmii i Mazur, ukryty w lesie nad rzeką, 600-letni Pajtuński Młyn. Zakochałam się w tym miejscu już podczas pierwszej wizyty. Młyn to stary, klimatyczny budynek w cudownym otoczeniu, a widok z jego okien na rzekę i kąpiące się w niej konie jest jednym z najpiękniejszych, jakie dane mi było oglądać.

Konie galopujące przez rzekę

Kolejnym przystankiem na naszej drodze były dwie hodowle koni zimnokrwistych koło Dobrego Miasta. Coraz rzadsze w wiejskim pejzażu, niedługo staną sie prawdziwym rarytasem. Szkoda, bo trzeba przyznać, że galopujące stado tych łagodnych olbrzymów robi ogromne wrażenie. Podobnie jak walka ważących niemal tonę ogierów, kwiczących i wzbijających tumany kurzu, w których niemal giną.

Ogiery zimnokrwiste walczące w tumanach kurzu
Klacz zimnokrwista w mglisty poranek na łące

Przy okazji, zupełnie przez przypadek trafiłyśmy do przemiłej Pani Moniki, gdzie czekała na nas nie lada niespodzianka – kolorowa, ukwiecona łąka. Zważywszy na to, że wszędzie gdzie dotarłyśmy wcześniej pastwiska były spalone słońcem, taki wybieg sprawił mi ogromną radość. Dodatkowo konie spisały się na medal, grzecznie respektując prowizoryczne ogrodzenie i pokazując się w pięknym ruchu. Zwłaszcza urodziwa siwa klacz kuca walijskiego oczarowała wszystkich biegając w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.

Siwy kuc walijski galopujący po łące o zachodzie słońca

Ostatnim etapem wyprawy była zaprzyjaźniona stajnia rajdowa KJ Leśny, gdzie w zeszłym roku miała miejsce jedna z najbardziej udanych sesji. Tym razem postanowiłyśmy wykorzystać otaczający ośrodek las, dokąd zabrałyśmy siwego ogiera i kasztanowatego wałacha. Mimo że tym razem nie powstało tak wiele zdjęć, jak ostatnio, jestem bardzo zadowolona z rezultatów.

Kasztanowaty arab w lesie o zachodzie słońca

Po tylu przeżyciach i wrażeniach ciężko nam było żegnać się z Mazurami…

Na koniec pragnę podziękować, mojej wspaniałej córeczce Julii, która towarzyszyła mi w tej wyprawie i ramię w ramię ze mną robiła zdjęcia oraz filmy 🙂 Większość z kadrów, które możecie obejrzeć w filmowej relacji, to jej dzieło!

Julia Koch pomagająca w sesji zdjęciowej


Podziel się tym projektem

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *